Marsz Niepodległości

Marsz Niepodległości nie jest oryginalnym pomysłem współczesnych polityków prawicy. W rzeczywistości wcześniej takie obchody organizował Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela w roku 1978 i 1979, gdy maszerowanie z pobudek patriotycznych wiązało się z realnymi represjami i zorganizowanym sprzeciwem sowieckich władz rządzących PRLem.

Pierwsza próba obchodów Święta Niepodległości skończyła się chwilę po rozpoczęciu. Dzięki informacjom donosicieli, Służba Bezpieczeństwa starannie przygotowała się do przeciwdziałania – 11 listopada 1978 kilkudziesięciu działaczy ROPCiO zostało zatrzymanych na Placu Zwycięstwa i przewiezionych do aresztu nim zdołali złożyć kwiaty i wieńce przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Rok później agentura komunistycznych służb specjalnych była już w znacznej części zdekonspirowana i spalona w trakcie nieudanej próby przejęcia ROPCiO przez grupę szpiclów na czele z TW „Lechem”. Bezpieka znała więc tylko ujawnioną publicznie część planu obchodów. Dzięki temu w wielu miejscowościach z inicjatywy ROPCiO odprawiono uroczyste nabożeństwa, a w Warszawie, Lublinie, Gdańsku, Krakowie i Łodzi ulicami przemaszerowały manifestacje.

Andrzej Czuma przemawia przed Grobem Nieznanego Żołnierza

Najważniejsze wydarzenia rozegrały się w Warszawie. Na Mszę Świętą w Archikatedrze św. Jana, Ruch Obrony zaprosił mieszkańców Warszawy rozlepionymi ogłoszeniami. Istotną rolę w akcji informacyjnej odegrali m.in: bracia Maciej i Zbigniew Szaszkiewiczowie, śp. Jolanta Mandes i Andrzej Ziółkowski. (Odnotujmy także dla porządku, że również niżej podpisany, zresztą wspólnie z Andrzejem Czumą i Maciejem Szaszkiewiczem, miał swój skromny udział w rozklejaniu zawiadomień na przykościelnych tablicach nekrologów.) Kilka dni przed 11 listopada kluczowi organizatorzy wyprowadzili się z miejsca zamieszkania w celu uniknięcia tymczasowego aresztowania na 48 godzin.

Przed wejściem do katedry działacze ROPCiO rozdali 2000 śpiewników pieśni patriotycznych, oczywiście nie publikowanych w PRL. Uroczystą Mszę Świętą w Archikatedrze św. Jana odprawił 11 listopada 1979 ksiądz Stefan Niedzielak (nota bene zamordowany przez tzw. „nieznanych sprawców” w nocy z 20/21 stycznia 1989 roku). Na zakończenie wypełniony kościół odśpiewał „Boże coś Polskę” kończąc modlitwą o zwrócenie wolnej Ojczyzny, co – nawiasem pisząc – niestety nie było wówczas normą, mimo oczywistego braku wolnej Ojczyzny.

Dalszy przebieg uroczystości zaskoczył funkcjonariuszy SB. Po zakończeniu Mszy Andrzej Czuma przez megafony zaprosił zgromadzonych do wspólnego przemaszerowania pod Grób Nieznanego Żołnierza. Nie przygotowana na takie tłumy i taką ewentualność Bezpieka usiłowała naprędce zablokować manifestację, najpierw przed wejściem do Katedry, a następnie kordonem nieumundurowanych funkcjonariuszy u wylotu ulicy Świętojańskiej przy Placu Zamkowym. Tutaj też doszło do fizycznej konfrontacji, kiedy bojówki SB uderzyły na czoło pochodu, usiłując zatrzymać demonstrację pięściami, kopniakami i gazem łzawiącym. Poza zniszczeniem wieńca i zdobyciem kilku pochodni SBecy niczego nie zdziałali i – m.in. dzięki zdecydowanej postawie księdza Stanisława Małkowskiego – zostali zepchnięci z drogi, nie tyle siłą co przytłaczającą przewagą liczebną demonstrantów.

Opinia (pismo ROPCiO) z listopada 1979 str. 21
Opinia (pismo ROPCiO) z listopada 1979 str. 22

Pochód pomaszerował Placem Zamkowym kierowany megafonami przez Andrzeja Czumę, śpiewając pieśni patriotyczne i skandując hasła oraz nieustannie powiększając się o dołączających z ulicy ludzi. Ku furii SBeków manifestanci skandowali: „Nie ma chleba bez wolności!” i modyfikując Rotę zapowiadali rozpad „sowieckiej zawieruchy”.

Kolejny atak na pochód Bezpieka wyprowadziła z rejonu kościoła świętej Anny, poniewczasie prawidłowo rozpoznając, że właściwym celem agresji powinno być centrum sterujące manifestacją przez megafony, a nie czoło zbyt licznego do zatrzymania pochodu. Było jednak za późno na taką akcję. Uczestnicy działali już w zorganizowany sposób. Andrzeja Czumę otaczali organizatorzy, a organizatorów manifestanci. Mimo kolejnej zaciekłej bójki SBecy nie przedarli się do celu. Zawiedzeni Bezpieczniacy wyrazili swoją frustrację idąc na tyłach pochodu i skandując „Wolność dla nas, nie dla kolegów!” (sic!) itp. podobne dziwne hasła. Z uwagi na dysproporcje liczbowe i siłę megafonów hasła te nie przebijały się jednak do szerszej uwagi maszerujących.

Licząca finalnie około 5 tysięcy osób manifestacja bez dalszych przeszkód dotarła Krakowskim Przedmieściem pod Grób Nieznanego Żołnierza, gdzie do zebranych przemówił Andrzej Czuma, domagając się zwrócenia Polakom niepodległego Państwa Polskiego i zakończenia sowieckiej okupacji. Przez megafony wypowiedział się także Wojciech Ziembiński, Józef Janowski i Bronisław Komorowski. Na Grobie Nieznanego Żołnierza złożono wieńce i kwiaty. Na koniec odśpiewano Hymn Polski. Dopiero po rozejściu się tłumu SBecy zdołali aresztować i pobić Andrzeja Czumę. Pozostali organizatorzy i uczestnicy uniknęli tych przyjemności. Miesiąc później tzw. „kolegium do spraw wykroczeń” za organizację „nielegalnej manifestacji” skazało Andrzeja Czumę na 3 miesiące więzienia, Wojciecha Ziembińskiego na 2 miesiące więzienia, a Józefa Janowskiego i Bronisława Komorowskiego na miesiąc więzienia. Odwet komunistów wymierzony był w osoby, które wypowiedziały się publicznie.

Czoło manifestacji na Krakowskim Przedmieściu

Manifestacja odbiła się szerokim echem w całej Polsce, głównie dzięki zachodnim rozgłośniom radiowym (RWE, Głos Ameryki, BBC) nadającym w języku polskim. Waga wydarzenia zmusiła także komunistyczne gadzinówki do publikacji krótkich informacji z pogróżkami. Wydarzyło się bowiem coś absolutnie nie do pomyślenia dla Czerwonych hersztów: kilka tysięcy osób przeszło ulicami stolicy kluczowego sowieckiego protektoratu nie z żądaniami podwyżki płac lecz z żądaniem ustąpienia komunistycznej władzy. Ktoś śmiał publicznie zakwestionować porządek jałtański, a komunistyczne służby specjalne nie tylko nie potrafiły zapobiec tego rodzaju wydarzeniu ale co gorsza nie zdołały natychmiast rozpędzić politycznych wrogów. Ze względu na międzynarodowe uwikłania bloku sowieckiego nie wchodziło także w grę zamordowanie post factum organizatorów, zamknięcie ich w więzieniach na długi czas ani ostateczne pognębienia przez całkowite pozbawienie środków do życia, jak to praktykowano standardowo przed rokiem 1956.

W efekcie miliony osób w PRL dowiedziały się, że można otwarcie, werbalnie sprzeciwić się bolszewikom, bez natychmiastowego poniesienia drastycznych konsekwencji, typu strzał w głowę z nagana czy 10 lat więzienia. W takim stanie świadomości stało się oczywiste, że w 1980 roku dojdzie do kolejnych aktów, publicznego nieposłuszeństwa wobec okupacyjnej władzy. Jeśli bowiem można, kosztem względnie znośnych represji, publicznie zażądać od komunistów oddania władzy to nie ma takiego żądania, które by nie mogło być niemal bezkarnie, publicznie sformułowane.

Długo nie trzeba było czekać: już wiosną 1980 doszło do protestów społecznych z żądaniami ekonomicznymi, a 9 miesięcy później powstałe z inicjatywy ROPCiO Wolne Związki Zawodowe zorganizowały w Stoczni Gdańskiej strajk, stawiając sowieckim rządom warunki nie tylko ekonomiczne ale i polityczne.

Krzysztof Czuma

Post scriptum: dziękuję A.A. za nadesłany wycinek depeszy PAP.

Depesza Polskiej Agencji Prasowej